zobacz mapę w dużej rozdzielczości

Strona główna forum  »  Strefa poza fabułą  »  Galeria Twórczości

Luperkalia 2043

Dla sztuki małej i dużej, każdy może pochwalić się owocami swojej pracy.
Znajduje się tu również forumowa Awatarnia.

Luperkalia 2043

Tutaj proszę wkleić prace konkursowe.
Tkacz Losu
Administrator
Avatar użytkownika
MG
Karta Postaci
Poziom Życia:
   100%
Poziom Mocy:
   100%

Re: Luperkalia 2043

Są rzeczy, o których nie mówi się głośno. Są wydarzenia, które zmieniają człowieka. Matka pracowała jako fotograf. Była często w trasie. Jako czarownicą mogłaby znaleźć lesze zajęcia ale robienie zdjęć było jej pasja. Niestety ja przez to musiałem zostawać z ojczymem a później i z młodszym bratem. Przez wiele alt milczałem, nic nie mówiłem matce. Tak było lepiej?

W końcu przyszedł do mnie list. Tak do mnie. Nie był to jednak zwykły list. Byłem taki dumny i matka również. Miałem zacząć naukę w Hogwarcie. W miejscu, które na nowo otworzyło mi drzwi. Zostałam przydzielony do domu Borsuka. cieszyłem się. Pierwszy rok szybko minął. Poznałem ludzi ale jakoś nie szczególnie umiałem się dopasować. Stałem i byłem gdzieś na uboczu. W wolnych chwilach jak woźny nie widział to u niego sobie składałem różne rzeczy. Jednego ranka, a było bardzo wcześnie, będąc u woźnego, ten zajmował się sprzątaniem, przez oko zauważyłem pewnego chłopaka. Miał czarne włosy i był z domu Kruka. To co mnie zaskoczyło, to fakt, że przemienił się w rysia. Za pierwszym razem uznałem, że przewidziałem się. Postanowiłem nawiązać z nim kontakt. Nie było problemu i zaskoczyłem go wiedząc, że jest animagiem. W szkole nie bardzo można było się tego uczyć. Nie był pewny czy podołam, bo to trudna sztuka była. Zdecydował się, bo trzymałem język za zębami.

W taki sposób zabrałem się za naukę, wczesnym rankiem zamiast składać rupiecie chodziłem i spotykałem się z nim. Uczył mnie, pokazywał co i jak. Był bardzo cierpliwy. Coraz więcej czasu spędzaliśmy w szkole jak i przed zajęciami. Był ode mnie starszy o cztery lata. Nie interesowały mnie dziewczyny, nie miałem na to czasu. Chłopaki też jakoś nie szczególnie. Poza właśnie tym krukonem. Kiedy opanowałem przemianę, wyśmiał mnie ale nie szyderczo. Stwierdził, że widać, że jestem taką słodka łasicą. Nie raz potem takie określenie też słyszałem. Nie jeden poranny trening razem przeszliśmy, to dzięki niemu stałem się aż taki zręczny. Wyczerpujące były one. Jednak zawsze padaliśmy na trawie z uśmiechem czy to na pysku czy twarzy.

Z perspektywy czasu wiedziałem ile on dla mnie znaczył. Więcej niż dobry kumpel, więcej niż brat. To było coś innego. Chłonąłem każda chwilę z nim. Nie wiedziałem czy to co odczuwałem to miłość? Nie znałem tego uczucia, nie wiedziałem dlaczego to tak wygląda. Nigdy mu tego w prost nie powiedziałem. On mi zresztą też nie. Pewne rzeczy się po prostu wie. Oczy mówią sam eza siebie. Kiedy ktoś patrzy na ciebie i w tym spojrzeniu widzi się te więź, to oddanie i coś głębszego.

Do tej pory nie umiem tego nazwać czy wytłumaczyć. Wiedziałem, tak po prostu. W szkole oczywiście nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne rzeczy, które robią zwykłe pary. Ja się bałem, a on? On nie. Nie zmuszał mnie do niczego. Czas płynął a my byliśmy ze sobą, nie wierzyłem, że to tyle potrwa, że przez ten czas żadne z nas nie znudzi się sobą. Wspólne wypady do lasu na treningi czy małe polowania, wspólna nauka. Niestety koniec nauki krukona dobiegł. Ciężko mi było. Czułem się jakby coś mnie strzeliło. Takiego bólu nie czułem od dawna, nie. Sam zaproponować mu spędzenie tej ostatniej nocy razem. On był zdziwiony ja chciałem tego i bylem pewny. Nie żałowałem. Nie żałowałem ni chwili ani sekundy tamtej nocy.

Utrzymywaliśmy kontakt przez sowy. Mieliśmy spotkać się ponownie niedługo po ukończeniu mojej szkoły. Wtedy nastąpił kataklizm. Zmienił wszystko.
Spotkałem go w Elizjum i razem dostaliśmy misje. To od kilku lat pierwsza mozliwośc pobycia ze sobą. Dużo rozmawialiśmy. Misja prosta ale Londyn nie stabilny. Ziemia się zapadła i wpadliśmy do kanałów. Tam byli oni, pełno ich. Bałem się. Tego nie mogłem sobie wybaczyć. przemieniłem się w łasicę, pozwoliło mi to w gruzie jakoś poluzować się. Jako człowiek nie miałbym długo szans będąc pod nimi. Tak miałem mocne obtłuczenia i przebity bark. Jaki pręt mi się wbił ale był ułamany. Usunąłem go sobie przed przemianą. Kurkon nadział się na inny. Na tyle feralnie, że przemian mu by nie pomogła. Nic nie mogłem zrobić. Nie zdążyłbym wezwać pomocy, a sam za bardzo byłem przerażony. Widziałem co mu robiły. Nie umarł od razu. To było okropne. Czułem się tak bardzo podle. Tam umierała osoba, którą była mi tak bardzo bliska, tak bardzo... Ja nie umiałem pomoc. Nim w końcu skonał spojrzał na mnie. Nie było w tym spojrzeniu gniewu, żalu czy rozczarowania. Między bólem widziałem to samo czułe spojrzenie, to spojrzenie pełne troski, pełne miłości.
Obrazek
Tomorrow is another day
And you won't have to hide away
You'll be a Man, Boy!
But for now it's time to run, it's time to run!


Obrazek
ObrazekObrazek
Rosomak, miodożer północy


Reno Coulter
Niewolnik
Avatar użytkownika
Fikuśna łasica
Zmiennokształtny
Zmiany FizyczneBrak palca serdecznego prawej ręki.
Wypalony glif "niewolnik" na wewnętrznej części dłoni.
Blizna na szyi, po obroży.
Zmiany PsychiczneProblemy z pamięcią i koncentracją. Amnezja tymczasowa.
Karta Postaci
Poziom Życia:
   94%
Poziom Mocy:
   100%

Re: Luperkalia 2043

Fragment listu z 2031 roku.

Prawie cię nie pamiętam ojcze, ale pamiętam łzy mamy. Odszedłeś, zniknąłeś z naszego życia na wiele lat. Wiedziałeś, że mama umarła? To na mnie spadł obowiązek wychowania rodzeństwa. Może gdybyś tu był nie zostawiłabym ich, ale cię nie było. Nie było cię, kiedy najbardziej cię potrzebowaliśmy.
Teraz zjawiasz się nagle w naszym życiu. Oni cię nie pamiętają, nie pamiętają łez i tęsknoty może dlatego tak przylgnęli do ciebie. Ale ja pamiętam i chciałam ci nigdy nie wybaczyć, chciałam cię nienawidzić, ale nie potrafię.
Może to przez te wspomnienia, bo pamiętam, że było dobrze jak byłeś, może to przez to, że matka tak bardzo cię kochała. Nie rozumiem czemu nas opuściłeś, ale wiedz, że ci wybaczam. Mam nadzieję, że będę mogła znów cię spotkać i powiedzieć: witaj w domu tato.


Znaleziona notatka z 2034 roku.

Nie wiem ile mi jeszcze zostało czasu, ale chciałabym zachować fragment siebie sprzed tego wszystkiego co mnie czeka. Fragment żywej mnie, czującej, kochającej, dobrej.
Już teraz dostrzegam jak rośnie we mnie ciemność, to nie potrwa długo nim zacznę się zmieniać. Tak wiele chciałabym ci przekazać ukochany, ale wiesz co nie daje mi spokoju? Że nigdy nie powiedziałam ci o dziecku i pewnie nigdy się już nie dowiesz. Ale powinnam ci o nim powiedzieć wtedy, gdy wróciłam.
Wszyscy lekarze powtarzali, że nigdy nie będę mogła mieć dzieci, pogodziłam się z tym, ale najwyraźniej nikt nie przewidział ciebie. To dzięki tobie mogłam ponownie poczuć się jak matka. Wiesz, że nawet zaczęłam marzyć o wspólnym domu, o założeniu rodziny, o oderwaniu się i znalezienia własnego skrawka ziemi dla naszej trójki.
Wybacz mi bo zabiłam nasze dziecko, moja głupota i lekkomyślność sprawiły, że te marzenia nigdy się nie ziszczą, że nigdy nie dam ci potomka, że nie stworzymy rodziny. Wybacz, że nasza miłość nie wystarczyła, aby ocalić jej owoc.


Ocalała fiolka myśli.

Witaj maleńka, patrzę na twoje drobne stópki i rączki, na jasne włosy i niebieskie oczy.
Jesteś tak bardzo podobna do mojej córki. Twoja matka i babka również były, nawet
pradziadek. Cieszy mnie twój widok na świecie. Na świecie, na którym tak wiele się zmieniło.
Opowiem ci wszystko, kiedy nieco podrośniesz. Opowiem ci o kataklizmie, o mojej córce,
która żyje w tobie. Opowiem ci o potworach, tych dobrych i tych złych. Nauczę cię jak
przetrwać, aby w odpowiednim czasie przyszła na świat kolejna mała istotka tak bardzo
podobna do mojej córki.
Witaj ponownie córeczko.
Silvia Sanguine
Avatar użytkownika
Kapłanka Krwi
Wampir
Zmiany FizyczneTatuaż jaszczurki wijącej się wokół palców prawej dłoni. Z daleka może wyglądać jak nietypowa biżuteria. Blizny po poparzeniach smoczym ogniem na twarzy i reszcie ciała.
Karta Postaci
Poziom Życia:
   96%
Poziom Mocy:
   80%

Re: Luperkalia 2043

Po wielu misjach Keira postanowiła odwiedzić swoją kwaterę w Elizjum. Przyjemnie było wejść do znajomego budynku i poczuć zapach historii. Przekręcenie klucza w drzwiach, tym razem wyjątkowo głośno. Jakby otwierała jakiś sejf który był długo zamknięty. Po zamknięciu drzwi opadła na swoje ,,łóżko”. Odetchnęła głęboko powietrzem. Czule wręcz dotknęła swoich mebli które tu pozostawiła, zanim zapadła w sen. Gdy się obudziła postanowiła wyruszyć na polowanie.

Jak zawsze przemierzała las w swojej zwierzęcej formie. Uwielbiała czuć wiatr gdy biegła razem z nim lub w przeciwnym kierunku, a te przepiękne zapachy które wyraźniej dawały o sobie znać. Są też takie rzeczy o których nie da się opowiedzieć słowami, można je tylko poczuć. Po długim biegu poszła nad sadzawkę, aby się napić. Piła wodę gdy jej uszu dobiegł tętent kopyt. Pokręciła głową, przecież nikt konno by się tak głęboko w las nie zapuszczał. Dźwięk natomiast nie ucichł, tylko stawał się coraz głośniejszy. Udało jej się wykonać parę kroków do tyłu, zanim koń wraz z jeźdźcem pojawił się nad brzegiem sadzawki. Zamrugała oczami, w ludzkiej formie natomiast potarłaby oczy rękoma. Nie mogła uwierzyć kogo widzi. To był jej znajomy, cygan Baldo którego poznała podczas mieszkania z Romami. Nic się nie zmienił od tamtego czasu. Myślami wróciła do tamtych czasów.

Wyglądała inaczej niż teraz. Jak mówiło stare porzekadło ,,jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one”. Długie włosy miała rozpuszczone, czasami proste, czasami pofalowane za sprawą warkoczy. Jej uszy zdobiły złote kolczyki o kształcie kół. Oczy podkreślone kredką. Biała bluzka z bufiastymi rękawkami zaczynającymi się od połowy ramienia, czarny gorset pod biustem, i długa niebieska spódnica. Oczywiście chodziła na bosaka, komu są w ogóle potrzebne buty? Reszta cyganek była ubrana podobnie, różniły się tylko kolorami strojów. Natomiast cyganie byli ubrani w koszule, spodnie i zazwyczaj kamizelki. Natomiast Papa (dowódca) nosił jeszcze na głowie kapelusz, a pod jego nosem były piękne wąsy. Tylko on jako jedyny wiedział o mojej zmianie postaci, więc gdy znikałam, a ktoś mnie szukał, on wymyślał jakieś wyjaśnienie. Mieliśmy nawet specjalny sygnał którym przywoływał mnie gdy byłam potrzebna natychmiast.

Dni upływały mi przyjemnie, polowania czy to w pojedynkę jako pantera czy człowiek, albo z innymi, tańce, śpiewy, ogniska, bajania, odwiedziny innych Romów. Podczas jednych z takich spotkań poznała Baldo. Wyróżniał się, chodził zawsze bez koszuli, odsłaniając w połowie swoje umięśnione ciało. Wyglądem i zachowaniem był idealnym mężczyzną dla każdej z kobiet. Która by nie chciała przystojnego, odważnego, męskiego, odpowiedzialnego faceta? Wszystkie za nim szalały, natomiast Keira wolała go unikać. Wiedziała, że jako obca nie mogłaby za niego wyjść, zresztą i tak każda cyganka patrzyła za nim więc nie potrzebował dodatkowej zainteresowanej. Kolejne dni z gośćmi upływały tak jak wcześniej dopóki się nie okazało, że Aisha jedna z córek Papy (i zarazem najbliższa z koleżanek Keiry) wychodzi za mąż za brata Baldo. Zaczęły się więc przygotowania, szycie sukni, szykowanie jedzenia i inne takie rzeczy z tym związane. Keira zaczęła więc coraz więcej czasu spędzać w lesie samotnie. Przytłaczały ją te przygotowania, hałas, zamieszanie. Za dużo tego wszystkiego.

Któregoś razu kąpała się w jednym z jezior znajdujących się w lesie, ale dość daleko od obozu by ktokolwiek się pojawił. Keirę zawsze ciągnęło do wody, babcia kiedyś się podobno śmiała, że należy do wodnego świata z powodu daty jej urodzenia. O chodziaku? Wodziaku? Zodiaku? Chyba chodziło o jej znak zodiaku. Mniejsza o to. Miło było ochłodzić się w zimnej wodzie nocą podczas pełni, jakoś nie bała się wilkołaków ani wampirów o których Papa opowiadał. Zawsze uważała ich za wytwór wyobraźni, za bajki opowiadane dzieciom i dziewczynom, aby nie włóczyły się po nocy. Postanowiła zanurkować, uwielbiała próbować swoich możliwości np. czy uda jej się dotknąć dna, albo jak długo wytrzyma bez wynurzania się. Tym razem … czas zatarł jej wspomnienia co tym razem zrobiła, w każdym bądź razie wynurzyła się z wody, a on tam stał i patrzył jak się wyłoniła. Spanikowała i zanurkowała z powrotem, gdy wynurzyła się ponownie on zaczął wchodzić do wody i coś mówił. Ale co? Ani wtedy ani teraz nie wiedziała co. Popłynęła w drugą stronę i uciekła w las przemieniając się. Oczywiście po jakimś czasie wróciła do obozu jakby nigdy nic, ale nie odważyła się na niego spojrzeć już ani razu.

Czas płynął aż do dnia wesela, wszyscy świętowali, nawet Keira wyjątkowo się udzielała. Podczas jednej z przerw Baldo chwycił ją za rękę i porwał do tańca. Była tak zaskoczona, że nie sprzeciwiała się. Przetańczyli całą noc. Każdego kolejnego dnia spotykali się na spacerach w lesie, nie umawiając się. Po prostu ciągnęło ich do siebie.

Niestety któregoś razu Keira polowała w formie pantery, a przypadkiem nadjeżdżał tamtędy Baldo. Los, czy przypadek ciężko powiedzieć, ale Keira zamiast rzucić się na sarnę trafiła na Balda zrzucając go z konia. Odskoczyła od niego, a chłopak uciekł w kierunku obozu. Pantera długo myślała nad tym co się stało, gdy wróciła do obozu okazało się, że zarówno Baldo jak i jego rodzina wraz z jej przyjaciółką odjechali z powodu grasującej pantery czyhającej na ludzi.

Zamrugała parę razy akurat gdy Baldo podnosił się z ziemi po napiciu się wody. Tymczasem Keira oddaliła się biegiem z powrotem do swojej kryjówki w Elizjum.
,,Przed losem nie da uciec się, ani przed wspomnieniami.
Gdy zechcą to dopadną cię, za siedmioma górami.
Co każe ci przed siebie gnać, zawsze dalej i dalej.
Im bardziej szukasz drogi swej, tym trudniej ją znaleźć."

Obrazek
Keira Moon
Avatar użytkownika
Tancerka na krawędzi śmierci
Zmiennokształtny
Karta Postaci
Poziom Życia:
   100%
Poziom Mocy:
   100%

Re: Luperkalia 2043

//Jak Liadon został paprotką//

W pokoju panował półmrok. Jedyne światło sączyło się z kominka, zmuszając długie cienie do tańca w rytmie trzasków ognia. W ciemności można było wyłapać kształt małżeńskiego łóżka, na którego kolumnach wsparte były delikatnie czerwone zasłony. Były rozsunięte i schludnie ułożone, zresztą jak całe łoże. Jedyne co psuło klarowny obraz była postać siedząca na jego skraju. Był to mężczyzna, co łatwo było można poznać po cieniach załamujących się na jego nagim ciele. Mięśnie wyraźnie rysowały się w słabym świetle podkreślając dobrze wyrzeźbioną sylwetkę. Wydawał się głęboko nad czymś zastanawiać. Poruszył się nieznacznie odwracając głowę w kierunku, z którego dobiegł go szmer. Miał jasne średniej długości włosy, które plątały się w nieładzie. Sprawiały jednak wrażenie naturalnie ułożonych. Odetchnął głęboko znowu zmieniając pozycję. Rękoma zaparł się za plecami i odchylił nieco zapatrując w ogień. W jego dzikich zielonych oczach odbił się ogień a w nim wspomnienia.
Przemierzając szkolne korytarze, trafiła na siódme piętro. Hogwart wyjątkowo dziś wydawał się jej pusty, ciemny i pozbawiony życia. Wszystko wydawało się takie szare, nudne. Ale to może dlatego, że nie czuła się najlepiej? Pół wila westchnęła, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Zatrzymała się przed wejściem do miejsca, które tak właściwie szukała. Bez wahania przekroczyła próg pokoju życzeń, a drzwi znajdujące się za nią zniknęły. Potrzebowała teraz cichego miejsca.. Dlatego też pokój życzeń wyglądał jak mała sypialnia. O jasnych, morelowych ścianach z obrazami kwiatów. W rogu tlił się ogień w ceglanym kominku, trzeszcząc wesoło. Podłoga była z ciemnego drewna, zadbana i czysta. Na samym środku stało wielkie, okrągłe łóżko pełne poduszek z miękkim, ciepłym i puszystym kocem do przykrycia. Odziana w szkolny mundurek ściągnęła pelerynę, która zsunęła się z drobnych ramion, lądując niedbale na podłodze. Zdjęła czarne trzewiki, zrzuciła z szyi krawat rozpinając dwa guziki koszuli, tym samym ukazując pełny dekolt. Poprawiła czarne pończochy i spódnice, po czym wskoczyła z uśmiechem na materac, odbijając się lekko. Ułożyła się wygodnie na plecach, patrząc w sufit obsypany sztucznymi gwiazdami. Wyciągnęła rękę do góry, zupełnie jakby chciała jedną z nich złapać i przygarnąć do siebie. Kolejne, ciche westchnięcie. Burza jasnych, wijących się włosów rozsypała się w nieładzie na poduszkach, jedynie kilka kosmyków odważyło się spłynąć na twarz i dekolt. Przymknęła powieki, pozwalając oczom odpocząć, zaś dłoń bezwładnie opadła na piersi, pozostając zaciśnięta w pięść. Jej uszu dobiegła cichutka, wolna muzyka. Skrzypce z fortepianem, bez żadnych, zbędnych słów. Czuła się naprawdę dziwnie, samotnie. Chciała po prostu zasnąć. A tu było tak spokojnie i ciepło.
- I gdzie Ty się włóczysz , głupku? - mruknęła cicho, chcąc zasnąć. Po prostu, żeby ten dzień się skończył. Zasnęła w ciągu kilkunastu minut, wyglądając przy tym jak lalka. Piękny anioł pozbawiony skrzydeł. W końcu była pół wila.

Liadon długo wracał do zamku. To co pokazał mu Sylvan dało mu do myślenia. Poszerzało horyzonty i sprawiało, że znowu czuł się jak dziecko we mgle. Myślał, że świat Garou nie ma dla niego tajemnic, tymczasem był młodzikiem w wielkim świecie. Z takimi myślami tułał się trochę po Londynie i Hogsmed. Po pierwszych paru dniach stracił rachubę czasu. No ale znowu był tutaj, by kontynuować swoją naukę. Jednak teraz nie był do końca pewien czy tego właśnie powinien szukać. Jak zwykle w swym brązowym, poprzecieranym i gdzieniegdzie dziurawym płaszczu chciał udać się na błonia. Z chęcią poszedł by do zakazanego lasu, ale póki co musiał wracać do normalnego ludzkiego życia. Więc z ciężkim sercem przemierzał korytarze zamku. Był już późny wieczór, na nikogo nie wpadał, szedł dobrze pamiętanymi korytarzami, a jednak. Coś sprawiło, że gdzieś się zgubił. Chyba na siódmym piętrze, ale jak to się stało? Głuche echo jego kroków cały czas towarzyszyło mu gdy rozglądał się za jakimiś znajomymi miejscami. Najchętniej trafiłby na schody do wierzy, ale jak na złość wciąż i wciąż wpadał na ślepe uliczki z drzwiami na końcu. Nie miał pojęcia, że tyle zaułków ma zamek, fizycznie było to nie możliwe. Nienawidzę magii powiększająco zmniejszającej… pomyślał rozgoryczony, sięgając wreszcie do klamki natrętnych drzwi. Już wystarczająco sfrustrowany, skrzywił się rozeźlony oporem drzwi. Marszcząc brwi naparł mocniej na drzwi, które wreszcie wpuściły go do środka… No właśnie czego. Czy to była sypialnia? Raczej dyrektorskie mini Spa. Rozejrzał się po całym pokoju zaskoczony nieco całą tą sytuacją. Zawsze wiedział, że zamek ma własne dziwne pomysły, ale to było przesadą. Dopiero kiedy się lepiej przyjrzał ujrzał kominek w którym palił się żywy ogień, oświetlając jakieś łóżko pełne poduszek i… Dziewczyna opuszczała wyciągniętą rękę na piersi, a z głębi pokoju dobiegła go cicha muzyka. Nie znał się na takich utworach, ale fortepian z łatwością rozpoznał. Nieco wystraszony, że komuś przeszkadza chciał zamknąć drzwi. Dopiero wtedy zorientował się, że już jest w środku. Przedziwna sprawa, tym bardziej że woń która unosiła się w powietrzu rozpoznał bez trudu. Zbliżył się do łóżka zagłuszany przez trzaskający ogień i symfonię Mozarta. Pochylił się nieznacznie nad twarzą dziewczyny, która była na skraju łóżka i delikatnie przesunął palcami po jej policzku.
-Wydaje mi się, że pani mnie wołała…- wyszeptał uśmiechając się delikatnie.

Już zasypiała, oddając się w objęcia morfeusza. Jak zwykle spodziewała się jakiegoś głupiego, pozbawionego sensu snu- ale coś ją powstrzymało. Najpierw otwierające się drzwi, co uznała za przesłyszenie. Przecież nikt teoretycznie nie mógł tutaj wejść, prawda? Był to wyjątkowy pokój, który pojawiał się wtedy, gdy ktoś go potrzebował. Zignorowała to, nie otwierając nawet oczu. Jednak gdy coś musnęło o łóżko, by następnie przejechać palcami po jej policzku i wyszeptać tym znajomym, najdroższym dla niej głosem słowa- po prostu nie mogła i tego zignorować. Dziewczyna uniosła powieki, napotykając znajomą zieleń oczu przed sobą. Jak zwykle patrzył na nią w ten czuły, wyjątkowy sposób- takie spojrzenie było zarezerwowane tylko dla niej, a przynajmniej taka miała nadzieję. Mimowolnie kąciki ust powędrowały ku górze, ukazując w policzkach małe dołeczki. Oczy zalśniły subtelnie, pełne małych iskierek zadowolenia. Uniosła się do góry, tym samym siadając. Bezceremonialne , bez żadnych wstępów czy pytań i nie zwracając uwagi na rozpiętą koszule, z której nieśmiało wyglądały piersi i biustonosz zarzuciła mu dłonie na szyję, tym samym zmuszając go by usiadł obok i przysunął się bliżej. Musnęła palcami jego kark, pozwalając by jej kołyszące się włosy odcięły wszystko dookoła. A stało się tak, ponieważ oparła się czołem o jego, a tym samym lekko nachyliła głowę.
- Masz wyczucie, wiesz? Zawsze pojawiasz się wtedy, kiedy zdążę się za Tobą porządnie stęsknić. A potem znikasz, zostawiając to słodkie uczucie niedosytu cwaniaczku. - Zaczęła cicho, z lekkim wyrzutem w głosie. Pełen zadziorności ton pokazywał, że nie zamierzała tym razem odpuścić. Zagryzła dolną wargę, patrząc mu w oczy. I znów te mały, szalony błysk zatańczył w lazurowych tęczówkach. - A teraz tak łatwo Cię nie wypuszczę, zdajesz sobie z tego sprawę?

Liadon od razu uśmiechnął się, jak gdyby wygrał w totka milion galeonów. Chociaż to tak by go nie cieszyło. Ostatnio sobie myślał, że warto było wyjechać na te trzy lata, a tym bardziej wrócić tutaj do Hogwartu dla jednej takiej chwili. A one na szczęście się mnożyły. Spoglądał na Van zastanawiając się co też tutaj robi i jak go tutaj ściągnęła. Zawsze jednak przyczyny i okoliczności spotkania ustępowały znacząco samej schadzce. Nie miał bowiem czego roztrząsać tak naprawdę. Gdy podniosła się do pozycji siedzącej przez chwilę nieco się speszył. Przez ten cały czas nie mógł się przyzwyczaić do takiej piękności, a teraz jeszcze wyglądała tak uroczo i pociągająco. Dał się pociągnąć i objął ją w pasie opierając głowę o jej czoło. Przez burze jasnych włosów nic już nie widział, dlatego znowu uśmiechnął się swobodnie. Zamruczał cichutko, gdy palcami muskała mu kark. Było to dla niego wciąż nowe i naprawdę przyjemne uczucie.
-Muszę porcjować nasze spotkania, bo jeszcze się znudzisz i co wtedy.- Powiedział uśmiechając się w ramach usprawiedliwienia.- Kilka dni z rzędu nawet aniołek nie wytrzyma…- Powiedział delikatnie gładząc ją po plecach. Spojrzał w jej oczy gdzie tańczyły iskierki radości i szaleństwa.
-Cóż, nigdy nie zamierzałem uciekać.- Powiedział całując ją pieszczotliwie w nosek.


- A więc naprawdę uważasz mnie za takiego aniołka? Co Ty na to, żeby poznać te drugą stronę swojej dziewczyny, za karę? Oczywiście za te głupie teksty o tym, że miałbyś mi się znudzić.. nie ładnie. Teraz musisz ponieść konsekwencję. Jak mężczyzna, wziąć to na klatę. - mruknęła karcącym , pełnym współczucia głosem, po czym uśmiechnęła się łobuzersko. Przejechała dłonią nieco w dół, po czym zgrabnie przeniosła ręce na jego ramiona. Im dłużej patrzyła mu w oczy, tym bardziej niebezpieczne pomysły miała w głowę. Oczywiście wszystko było winą chłopaka, bo ona tylko się stęskniła. Jednym i to dość mocnym ruchem zmusiła go, by położył się na łóżku, na plecach. Bez większego skrępowania, nie patrząc na fakt posiadania na sobie spódnicy usiadła na nim, łapiąc dłońmi jego i kładąc nad jego głową, tym samym przygwożdżając go tak, by nie mógł się ruszyć. Nachyliła się nad nim, pomijając również fakt, że kolejny guzik w bluzce się rozpiął pod wpływem grawitacji i przyciągania jej biustu do ziemi. Musnęła jego wargi- niby niewinne, przelotnie, by następnie delikatnie je ugryźć i pocałować go tak, jak to on powinien zrobić na przywitanie. Trwało to kilka, może kilkanaście sekund. Czuła jak serce w piersi zaczyna głośniej, nieco rytmiczniej uderzać, zaś na jasnych policzkach powoli pojawiają się słodkie rumieńce. Cofnęła się do tyłu, prostując tym samym plecy i patrząc na niego z góry. Puściła jego ręce, opierając je o koszulkę chłopaka, na torsie. Włosy miała w kompletnym nieładzie, układały się jak im się podobało. Kilka kosmyków opadało na ramiona, spora część na plecy, a jeszcze kilka następnych na odsłonięty dekolt i twarz. Spojrzała na niego przelotnie, ostatecznie zatrzymując wzrok na jego ustach.
- Nadal uważasz, że jestem aniołem? Czy raczej skrzydełka nabrały już czarnego koloru kochanie? - zapytała cicho, nie chcąc przerywać donośnymi słowami przyjemnej dla ucha melodii. Zagryzła ponownie dolną wargę, przenosząc spojrzenie prosto w jego zaskoczone, zielone oczy. O tak, kochała jego oczy.

Z delikatnym uśmiechem przytaknął. Jak można było Van wziąć za nie-anioła. To było wręcz niewykonalne. No chyba niewidomy i głuchoniemy, taki z pewnością ma jakieś wytłumaczenie. Chociaż dla Liadona sam zapach, sam fakt że była blisko sprawiał, że czuł się jak w niebie.
-Konsekwencje?- zapytał bezwiednie się uśmiechając. Czyżby Van mu groziła, zresztą nie ważne. Dla powiedziała przecież „ swojej dziewczyny” i to już wystarczyło by na ustach Gryfona zagościł uśmiech. Wpatrywał się w jej oczy, gdy dziewczyna błądziła po jego szyi by wreszcie położyć ręce na jego barkach. Wpatrywał się w jej roziskrzone oczy, zatapiając się w nich. Nagle padł na plecy i nie broniąc się pozwolił działać dziewczynie. Ta szybko, jakby chciała wykorzystać moment uległości siadła na nim okrakiem, przytrzymując ręce nad głową. Liadon odetchnął głęboko wpatrując się w Van, która pochyliła się nad nim. Zrobiło mu się nieco gorąco i to nie była kwestia kolejnego guzika od bluzki, wywarzonego przez piersi. Gdy musnęła jego wargi podciągnął głowę do góry nie chcąc pozwolić jej na odsunięcie ust. Jednak potem poczuł jak ciągnie go delikatnie za wargę, a potem pozwala jego spragnionym ustom natrafić na jej. Gdy po chwili puchonka uniosła się oswobadzając gryfona, ten się nawet nie ruszał. Chwilę jeszcze miał przymknięte oczy wyciągając nieco szyję, jakby chciał na siłę przedłużyć pocałunek. Po momencie uchylił powieki spoglądając na dziewczynę. Teraz to już fale gorąca zalewały jego ciało, a widok pociągającej, szczególnie w takim nieładzie Van, pogłębiał ten stan.
-Tak karać mogą tylko w raju…- Powiedział cicho delikatnie się uśmiechając i mrużąc oczy. Wciąż miał lekko rozchylone usta jakby czekał na coś. -Chyba będę musiał częściej być niegrzecznym chłopcem…- Mruknął przesuwając rękę by po chwili przesuwać opuszki palców jednej ręki po udzie dziewczyny, w górę i w dół, aż do granicy jaką wyznaczała sukienka.


- Igrasz z ogniem, łobuzie. - odparła krótko, czując przyjemny dreszcz przebiegający przez jej ciało. Ciepłe dłonie, przy których jej uda wypadały naprawdę na lodowate. Nie specjalnie jej przeszkadzało to, co robił- wręcz przeciwnie, lubiła jego dotyk. Czuła się przy nim bezpiecznie, a do tego te przyjemne łaskotanie w brzuchu. Van gdy była do kogoś przyzwyczajona i miała poczucie bezpieczeństwa oraz swobody stawała się wręcz egoistką. Robiła to co chciała i kiedy chciała, nie pytała o zdanie. Zachowywała się trochę jak księżniczka, rozpieszczona i kapryśna. Dlatego też bez skrępowania wsunęła dłonie pod jego koszulkę, chłodnymi palcami muskając rozgrzaną skórę chłopaka. Ponownie nieco się nachyliła, pozwalając by miał całkowity wgląd w jej piersi. Może robiła to nieświadomie, a może po prostu go prowokowała? Kto wie, co siedziało w tej jej jasnowłosej główce. Nawet bladoróżowy materiał stanika, pokryty białą koronką ujrzał światło kominka. Dała mu ponownie krótkiego, niewinnego całusa. Musnęła jedynie jego wargi, by następnie przejechać ustami po jego szyi. Miała ciepły oddech, który mógł wywołać dreszcze. Każde kolejne muśnięcie ust było coraz niżej, jakby chciała zbliżyć się do krańca koszulki. Włosy opadły jej na ramiona, głównie z prawej strony tym samym zakrywając nieco twarz. Jedna z dłoni wysunęła się spod materiału koszulki i powędrowała do góry, wplątując się palcami w jego jasne włosy. Uniosła głowę, bowiem skończyło się jej miejsce do całowania. Nie myśląc wiele przyciągnęła do siebie jego twarz, złączając ich usta w namiętnym pocałunku.

Uśmiechnął się nie przestając jej gładzić po nodze. Czuł się ubezwłasnowolniony, chociaż ciężko wyjaśnić dlaczego. Po prostu wszystko działo się jakby poza, nie musiał podejmować żadnej decyzji. Po prostu wiedział, że tak jest dobrze. A postępowania Van, nawet jeśli byłyby samolubne, bardzo mu się podobały. Zresztą ludzie często dla osób które ich najmocniej kochają są samolubni. Wiedzą, że prawdziwie kochający zawsze im wybaczą, a taką osobą na pewno był Liadon dla Van.
-Lubię igrać…- Powiedział mrucząc cicho gdy Van wsunęła mu chłodne dłonie pod koszulkę. Nie odczuwał tak zimna, ale delikatny dotyk dziewczyny sprawiał, że mimowolnie uśmiechał się przymykając oczy. Na razie te wszystkie groźby okazały się nader przyjemne. Dopiero gdy się nachyliła Gryfon ponownie otworzył oczy zaglądając jej w oczy, ale po chwili wzrok przyciągnęły mu wyrywające się niemal piersi. Zaczął się troszkę wiercić pod dziewczyną kładąc swobodnie obie dłonie na jej udach. Przygryzając przez moment wargi spojrzał w jej oczy, akurat wtedy gdy pochylała się by uraczyć go kolejnym pocałunkiem. Jednak szybko umknęła przed jego ustami, błądząc wargami po jego szyi. Przyjemny dreszcz przeszedł przez ciało Liadona, który bezwiednie wyciągnął się nieco odsłaniając bardziej szyję. Z przymkniętymi oczyma delektował się dotykiem ust. Po chwili poczuł jak we włosy wplata mu się dłoń puchonki, która niemal przyciągnęła go do siebie zatapiając w ustach. Bezwiednie Liadon oplótł ręce wokół niej przewracając się razem z nią na bok. Jedna z rąk powędrowała wyżej gładząc dziewczynę po włosach. Gdy po chwili przestali musząc nabrać oddechu Liadon wciąż opierając głowę o jej czoło wyszeptał cicho gładząc ją delikatnie po główce.
-Kocham Cię…- Przymknął oczy próbując sobie przypomnieć ile lat czekał na ten moment.

Wszystko to trwało kilkanaście sekund, jednak dla niej zdecydowanie było jak zwykłe mrugnięcie. Zawsze wszystko, co było przyjemne działo się zbyt szybko. Wszystko było tak niesamowicie idealne, że nie mogła w to uwierzyć. Zupełnie jak w bajce, która miała mieć szczęśliwe zakończenie, zwłaszcza, że wcześniej nie było bohaterom łatwo. Targały nią emocje, rozgrzewając skutecznie od środka. Z głowy właściwie zniknęły wszystkie myśli, pomijając te związane z wilkołakiem. Jej wilkołakiem. Cóż, obydwoje do normalnych nie należeli, może właśnie dlatego tak skutecznie i dokładnie się uzupełniali? Gdy silne ramiona Liadona objęły ją, poczuła się niesamowicie drobna- albo to on był tak dobrze zbudowany. Nie żeby narzekała, bo uwielbiała jego szerokie ramiona czy pięknie wyrzeźbione plecy. Były strasznie męskie. Gdy przewrócić ją na bok, zadrżała. Może dlatego, że na tą chwilę straciła równowagę, a może i z innego powodu. Gdy oderwali się od siebie, dziewczyna złapała oddech i otworzyła oczy. Miała zarumienione policzki, jej oddech był nieco szybszy zaś usta pozostały lekko rozchylone. Bluzka zsunęła się nieco w dół, odsłaniając ramiona i tym samym tworząc głęboki dekolt w kształcie literki v. Spódniczka podniosła się nieco wyżej, sięgając teraz trochę nad połowę uda i tym samym odsłaniając górę od pończoch, które zazwyczaj nosiła. Rajstop nie lubiła, a podkolanówki jakoś tak ją irytowały, więc wolała rozwiązanie pośrednie. Gdy jego znalazła się na jej głowie, a oczy przymknęły się, uśmiechnęła się czule. Wyglądał strasznie niewinne. A do tego ten uśmiech i potargane włosy sprawiały, że miała ochotę zacząć go znów całować. Jednak gdy wypowiedział te dwa, jakże cudowne słowa zmieniła swój plan działania. Objęła rękoma jego głowę, po czym małym ruchem przeniosła swoje ciało nieco wyżej. Zaczęła przyciągać go do siebie, pozwalając ostatecznie by jego głowa ułożyła się na jej piersiach. Dokładniej uchem do nich, tak by mógł usłyszeć rytmicznie, dość szybko uderzające serce. Mógł też poczuć zapach piżmowych perfum, dotyk gładkiej, miękkiej skóry. I mały dreszcz, który wywołał gęsią skórę. Coś, co on wywołał, gdy poczuła na biuście jego oddech. Zarumieniła się nieco mocniej, jednak na to już nie miała wpływu. Umieściła dłonie na jego karku, przymykając oczy. Wcale nie czuła skrępowania, w końcu był dla niej kimś wyjątkowym.
- Słyszysz? Ono w ten sposób reaguje tylko na Ciebie głuptasie.- zaczęła cicho, odchylając nieco głowę do tyłu. Piosenka się zmieniła, został sam fortepian, już bez skrzypiec. Ogień minimalnie przygasł, tym samym pozostawiając pokój w półmroku, ze świecą na suficie imitacja gwiazd. Całe złe samopoczucie, które miała wcześniej zniknęło, tak jak reszta świata. Nie było jej nic potrzebne teraz, po zanim. A jego przecież miała obok. - Ja też Cię kocham.

Liadon wpatrywał się przez chwilę w zaczerwienioną twarz dziewczyny. Zastanawiał się czy też tak wygląda, chociaż dla niego był to obraz z marzeń sennych. Już dawno zapomniał o tym że miał zapytać o przedziwne zrządzenie losu, które go tu sprowadziło. O innych sprawach nie wspominając. Wpatrywał się w pełna twarz, których rysów nie powstydził by się nawet Michał Anioł. Frywolne kosmyki włosów same układały się dziewczynie, jakby znały swe miejsce w tej przepięknej chwili. Zaśmiał się lekko pomiędzy kolejnymi oddechami. Nie wiedzieć czemu widok jej przymkniętych oczu i nieco rozchylonych warg, napawał go dziwnym uczuciem. Gorąco dotąd nie znane wypełniało mu w przyjemny sposób całe ciało. Chciał tak patrzeć na nią do końca świata, chociaż i tak nie zdążyłby się nacieszyć tą chwilą. Wciąż delikatnie ja gładził wodząc po niej wzrokiem, zawsze jednak szybko powracał do jej oczu. Była strasznie pociągająca, a tak na wpół odsłonięta mogłaby doprowadzić do szału. Jednak czego by nie zrobiła, na zawsze najpiękniejsze będą dwa szafiry ukryte pod powiekami dziewczyny. Gdy dziewczyna zaczęła się poruszać nie zareagował, pozwalając przysunąć swoją głowę do jej piersi. zawsze wydawała mu się nieco chłodniejsza, ale było to przyjemne. Jak chodny dotyk w gorączce życia. Mógł usłyszeć rytmiczny, ale wciąż szybki bieg jej serca, które starało się nadążyć za emocjami. Czuł jej zapach. Nie jakieś tam perfumy, które starały się zamaskować jej właściwą woń. Mógł wyczuć tajemniczą nutkę, czegoś co pochodziło nie od ludzi. Zapach który rozprzestrzeniała wokół siebie mocniej jako wilk, lub łabędź. Coś jak słodka woń kwiatów, które świeżo ścięte wrzucone były w lazurowe odmęty morza. Gdy Van zadrżała, Gryfon złożył krótki pocałunek gdzieś powyżej jej dekoltu, swymi ciepłymi wargami. Wciąż oplatał ją rękoma, delikatnie gładząc. Gdy się odezwała, mocniej ją do siebie przytulił. Po chwili nieco się odsunął unosząc spojrzenie do jej oczu.
-Moje, biło zawsze tylko dla Ciebie…- wyszeptał równie cicho. Nie słyszał czy to muzyka się zmieniła, czy te kominek przygasał. Dla niego jedynym światłem w pokoju była puchonka, a najpiękniejszą muzyką jej serduszko kołaczące w piersi. Wpatrywał się w nią spojrzeniem pełnym oddania, -Wiem…- wyszeptał znowu przytulając swoją głowę do jej piersi.
-Zawsze wiedziałem…-Wyszeptał wsłuchując się w rytm jej serca.

Zaśmiała się cicho, sama do siebie. Właśnie zdała sobie sprawę, że gdy już z kimś była, jakąś tam chwilę- nigdy nie był to normalny człowiek. Wampir, wilkołak, animag czy jeszcze ktoś inny. Być może było tak dlatego, że na ludzi jej moc działała zbyt mocno i po prostu nie chciała, żeby ktoś lubił ją przez magię. Właściwie to był jeden z powodów, dlaczego ludzi tak uparcie unikała. Nie chciała, żeby robili coś głupiego-niby panowała nad swoją magią, jednak nigdy nic nie wiadomo. Spojrzała w dół, czule lustrując wzrokiem zielonookiego. Wyglądał teraz jak mały, bezbronny chłopczyk, który nie byłby w stanie przed niczym i nikim się obronić. Jak ktoś, o kogo musiała i chciała jednocześnie się troszczyć. O niego mogła być spokojna, doskonale wiedziała, że dla niego nie była tylko ładną lalką, że jej magia miała ograniczony wpływ. Owszem, czasem na pewno mówił coś lub robił pod jej wpływem, jednak zdążyła się już do tego przyzwyczaić. No w końcu nie było to nagminne- a przynajmniej taką miała nadzieję. Gdy musnął jej dekolt zadrżała lekko, bowiem łaskotanie w żołądku pojawiło się znów. Czyżby znów te nieznośne, małe motylki? Ponoć tak nazywali je mugole, nawet matka jej powtarzała, że jak już się pojawią, to tylko dla kogoś bardzo ważnego. Nie miała jednak ochoty nic zrobić, przynajmniej na razie. Było jej tak przyjemnie, dobrze i ciepło. Po prostu na niego patrzyła, nie mówiąc przez kilka dłuższych chwil nawet słowa. Pozwoliła sobie przesunąć ręce na jego plecy, błądząc po nich palcami, bez większego celu, tworząc przypadkowe znaki bądź litery. Czasem gdzieś paznokcie pozostawiły drobną, mającą szybko zniknąć rysę. Dopiero, gdy w wilkołaku odezwała się pewność siebie, cofnęła ręce i znów zsunęła się w dół, mając teraz twarz na wysokości jego. Zadziorny uśmieszek pokazał się na ustach, zaś ręce znów oparła o jego klatkę piersiową, przysuwając się nieco. Uniosła brew zaciskając palce na materiale koszulki.
- Ah tak? A skąd kochanie miałeś takie informacje, co? - zaczęła cicho, wysuwając głowę nieco w przód tak, że jej ust znajdowały się kilka milimetrów od jego. Przejechała po jego wardze koniuszkiem języka, zwilżając ją nieco przy tym, by następnie znów ją przygryźć, jednak tym razem nie za kare, tak z kaprysu. - poza tym, od kiedy jest w Tobie taka pewność siebie, hm? Czyżbyś grał nieśmiałego chłopca tylko? A tak naprawdę zawsze dostajesz co chcesz, prędzej czy później? Bo sam po to sięgasz?- dodała zadziornie, na kilka sekund dając spokój jego ustom. Znów pojawił się ten błysk w jej oczach. Mruknęła cicho, niczym niezadowolonym kocur, łapiąc za jego ramiona i nieco siłą, ale zmusiła go, by znalazł się nad nią. Spojrzała na niego z niewinną miną, z dołu, obejmując go rękoma tak, by nie miał za dużego pola do popisu.
- Wiesz, że teraz musisz mi wynagrodzić, że tyle czasu Cię nie widziałam?

W przeciwieństwie do Van, Liadon nie był rozchwytywany. Nie żeby nie był przystojny, ale jednak to że jest wilkołakiem zmieniało wszystko. Bał się, że ktoś może odkryć jego futerkowy problem, a co więcej że sam może zrobić krzywdę komuś. Z biegiem lat i nauk te wszystkie czynniki zaczęły odgrywać coraz mniejszą rolę, jednak wciąż pozostało przyzwyczajenie. Nie należał przecież do żadnego z światów. Nie był mugolem jak jedno z jego rodziców, nie należał też do świata magów, a tym bardziej nie zagrzał miejsca w puszczach wilkołaków. Żył pomiędzy tymi wszystkimi światami, być może ta niepewność sprawiała, że był tak asertywny. Z Van było jednak inaczej. Nie ma co się oszukiwać, to że była inna odegrało w tym rolę. Była ponadnaturalna tak jak Liadon, który wreszcie mógł się przy kimś czuć swobodnie. Również jej pociągający wygląd sprawiał, że nie można było przejść obok niej obojętnie. Pamiętał pierwszy raz gdy spotkał Van, gdy ta jeszcze pewnie nie wiedziała o jego istnieniu. To był jego pierwszy rok w zamku. Było już popołudnie, ale słońce jeszcze nie dawało za wygraną. Pamiętał że był wtedy roztrzęsiony, zbliżająca się pełnia tłoczyła w jego żyły agresję. Pamiętał, że potrącił przepiękną puchonkę, której powiedział krótko przepraszam chcąc odejść. Jednak gdy na niego spojrzała, zatrzymał się w miejscu. Miała długie jasne włosy, szczery uśmiech i dwoje błękitnych oczu, które chciały zbawić świat. Wtedy widzieli się pierwszy raz, choć jeszcze dużo czasu minęło nim zamienili ze sobą pierwsze słowa.
Uśmiechnął się przymykając oczy. Czuł jak zadrżała lekko, jak przesunęła ręce na jego plecy, aż wreszcie ponownie przysunęła swoją głowę do jego. Wpatrzył się w jej oczka zastanawiając, jak w ogóle do tego doszło. Zadrżał gdy zaczęła bawić się jego wargami. Było to naprawdę przyjemne, rozszerzył usta pragnąc więcej, a ona znowu podgryzła go w wargę.
-Bo jak się czegoś bardzo, bardzo pragnie, to w końcu zaczyna się w to wierzyć…- Powiedział podnosząc rękę i odgarniając kosmyki z twarzy dziewczyny, by móc ją pogłaskać. -Gdy się bardzo w coś wierzy, w końcu staje się to prawdą.
Uśmiechnął się bo w końcu pojawił się tutaj na jej życzenie. Gładził ją opuszkami palców po policzku wpatrując w jej oczka. Mógł teraz wspomnieć te wszystkie razy, które zalecał się do dziewczyny z nikłą nadzieją na sukces. W końcu i to gdzieś zaowocowało.
-Zresztą kiedy byłem w zamku, ostatnią rzeczą jaką pamiętałem przed pełnią byłaś Ty. Czasem byłaś też pierwszą rzeczą, którą widywałem po pełni. Byłaś zawsze wtedy kiedy najbardziej tego potrzebowałem, nawet gdy byłem groźny.- Położył całą dłoń na jej policzku uśmiechając się delikatnie.
-Nawet jeśli wtedy nic do mnie nie czułaś…- Przeniósł swoją dłoń na jej przyciskając do miejsca, gdzie pod koszulką spoczywało serce.
-Wiedziałem że będziesz przy mnie. Jak się kogoś kocha, to on nigdy nie odchodzi.
Wyszeptał przysuwając swoją głowę do jej szyi. Być może właśnie dlatego jego serce dawno wybrało. Być może była to odpowiedź na nieświadomą decyzję Van, która pierwsza dała mu tę odrobinę miłości. Teraz mógł ją tylko odwzajemniać i dbać by nikt jej nie skrzywdził. W szczególności on sam.

Jakiś odgłos wyrwał go gwałtownie ze wspomnień, które wydawały się tak prawdziwe jak rzeczywistość na którą teraz spoglądał. A patrzył na stojącą w drzwiach kobietę. Pierwsze co uderzało w oczy to jasna karnacja, która iskrzyła się niemal w świetle ognia. Smukłe nagie ciało wygięła w zachęcający sposób. Na jednym z jej boków widniał tatuaż przywodzący na myśl indiańskie talizmany, na których mężczyzna w ogóle się nie znał. Miała długie, ciemno brązowe włosy opadające na jej nagą skórę kaskadami w dość frustrujący i całkiem przypadkowy sposób zakrywając jej piersi.
-Nie przeszkadzam?- Zapytała bardziej by się podroczyć. Przestąpiła z nogi na nogę lekko podskakując i wprawiając w ruch swe włosy oraz biust.
-Chodź tu…
Zaczął, ale gdy tylko wyciągnął rękę w jej kierunku rzuciła się na niego w kilku skokach przygważdżając plecami do łóżka. Położył dłonie na jej biodrach na co dziewczyna syknęła cicho czując chłód stalowej ręki. Spoglądał w jej szarawe oczy, które nabierały coraz jaśniejszego, błękitnego koloru.
-Wesołych walentynek.-Powiedział unosząc się stopniowo do pozycji siedzącej, obejmując ją ramionami i tłumiąc wszelki sprzeciw pocałunkiem. Wiele się zmieniło od czasu gdy ostatni raz świętował walentynki…
Tatuaż

I Refuse.
It will take more then headgames to stop me.
You may have invaded my mind and my body,
But there is one thing the Garou is always keep.
His Pride!
Liadon Ichimaru
Szaman
Avatar użytkownika
MrocznyUszatek / Aramil
Wilkołak
Zmiany Fizyczneobroża niewolnicza
Tatuaż na lewym ramieniu i klatce piersiowej
Jego lewe przedramię ma nieco ciemniejszy kolor skóry
Brak małego palca w lewej dłoni
Zmiany PsychiczneParanoja
Karta Postaci
Poziom Życia:
   50%
Poziom Mocy:
   125%

Re: Luperkalia 2043

Wszedłem do chaty, otrzepałem buty ze śniegu. Rozebrałem się z wierzchniego odzienia zasiadłszy przy kominku dorzucając drwa do ognia. Zapatrzyłem się na tańczący ogień pożerający ostatni skrawek starego drewna. Usłyszałem kroki z izby, obejrzałem się, w drzwiach stał Dymitr. Uśmiechnął się na mój widok, od razu do mnie podszedł – Witaj tato – usiadł obok na podłodze. Spojrzałem na syna – Dlaczego jeszcze nie śpisz? – uniosłem jedną brew do góry ale wiedziałem, że coś chce. Ten wzrok poznam za każdym razem. Młody jednak nie odpowiedział na zadane mu pytanie ale za to on zapytał – Tato byłeś kiedyś zakochany? – to wybiło mnie już całkiem ze swojej zadumy. Dorzucałem kolejne kawałki drewna gdy Dymitr szturchnął mnie łokciem w bok powtarzając pytanie. Spojrzałem na niego z nieokreślonym wyrazem twarzy – To nie czas na takie rozmowy – odparłem ponownie wpatrując się w tańczący ogień. Ten zaś nie zamierzał odpuścić, założył rękę na rękę układając je na piersi – Tato zawsze tak mówisz jak się Ciebie o coś spytam z Twojego życia – jego wzrok wyrażał ból – Tak naprawdę nic nie wiem o Tobie sprzed swoich narodzin - spuścił głowę co jakiś czas zerkając na mnie. Nic nie mówiąc wstałem z krzesła, podszedłem do kuchni. Zaparzyłem dwie herbaty, jedną podałem synowi – No dobrze opowiem Ci pewną historię – zasiadłem na wcześniejszym miejscu – Nie należy ona do szczęśliwych – delikatnie uśmiechnąłem się powracając wspomnieniami do tamtych chwil. Odwróciłem się do niego przodem – Wszystko to zaczęło się…

Mając 16 lat uczyłem się w Hogwarcie ale jednak porzuciłem tam naukę otrzymawszy sowę z wieścią, że jeszcze ktoś żyje z mojej rodziny. Ucieszyłem się ogromnie, że nie jestem sam, nie zwlekając dłużej ruszyłem w wyznaczone miejsce naszego spotkania. Miałem się udać w odległy głąb Ukrainy do małej mieściny zaraz przy granicy z Rosją, do dziś nie pamiętam jej nazwy. Przybywszy tam okazało się iż to była pułapka chytrze zastawiona na młodego i naiwnego wilkołaka. Czarnoksiężnik, który to wszystko zaplanował od wielu lat miał zatargi z moim ojcem, a ja miałem ponieść tego wszelkie konsekwencje. Przez pół roku byłem katowany przez jego sługusów, posiadałem ranę na ranie bez możliwości ich opatrzenia. Aż w pewien dzień przyszła do mojej celi czarnowłosa dziewczyna. Gdy do mnie podchodziła starałem się ze wszelkich sił odsunąć lub obronić przed jej ewentualnym atakiem, ta jednak rzekła – Nie bój się mnie – delikatnym głosem niczym słowik a jej zapach przypominał zapach kwitnących kwiatów na łące – Chcę Ci przemyć rany biedaku – pozwoliłem jej na to ale jednak nie byłem w stanie dostrzec jej twarzy, moje oczy były tak opuchnięte, że tak szczerze nic prawie nie widziałem. Jakby anielskim dotykiem obmywała rany, dzięki czemu poczułem niesłychaną ulgę. Byłem bardzo wdzięczny dziewczynie za to co robiła lecz nie powiedziałem ani słowa, siedziałem tylko ze spuszczoną głową. Czekałem aż skończy ale niestety to się nie udało, ponieważ przyszli pachołkowie Czarnoksiężnika wywlekając mnie na zewnątrz. Po chłodzie panującym na zewnątrz domyśliłem się, że nadeszła zima. Załadowali mnie na pakę wielkiej ciężarówki, nie wiedziałem gdzie mnie wiozą ale niedługo miałem się dowiedzieć. Samochód dotarł na miejsce, zrzucili mnie z paki. Wprowadzili moją osobę do jakiegoś domostwa zostawiając tuż przy wejściu. Po omacku musiałem dotrzeć do wyznaczonego pokoju, co mnie dziwiło w tym celu bardzo pomógł mi zapach jaki czułem od tej dziewczyny. Trafiwszy do celu usłyszałem mocny głos – Słuchaj szczeniaku – zaczął – Pewna osoba stwierdziła, że jednak mi się możesz przydać, lecz pozostawię Ci wybór – zaśmiał się szelmowsko – Albo zostaniesz moim sługą albo zginiesz jeszcze tej nocy – tego nie musiał powtarzać dwa razy, przystałem na pierwszą propozycję.

Przez rok czasu byłem szkolony na zabójcę wyzbytego uczuć , po tym było tylko gorzej. Na rozkaz Pana byłem zdolny zabić każdego nie ważne czy to była kobieta czy mężczyzna czy nawet dziecko. Nie oszczędzałem nikogo nawet osoby przypadkiem tam spotkanej. Przy każdej misji doszkalano umiejętności we mnie wyuczone. Moim zadaniem było to aby Czarnoksiężnik był zadowolony. Czas leciał na wykonywanej służbie u Pana. Od jednej misji do drugiej zabijając coraz to więcej ludzi. Pewnego dnia Czarnoksiężnik zawołał mnie do siebie przedstawiając plan zrównania z ziemią jednej ze wsi w Rumunii, miałem tam się udać z kilkunastoma innymi podwładnymi. Przygotowania do powierzonej misji trwały w najlepsze, aż w końcu przyszedł dzień naszego wyjazdu. Spakowaliśmy cały sprzęt jaki był nam potrzebny, wyruszyliśmy.

Kilka dni zajęło nam dojechanie do tej wsi, zaczęliśmy wszystko planować. Rozstawialiśmy sprzęt na obrzeżach lasu, nikt nie miał przeżyć naszego ataku jak i nikt nie miał o nim wiedzieć. W końcu nadszedł dzień, w którym przypuściliśmy szturm na osadę. To się jednak okazało błędnym zamiarem, mieszkańcy byli doskonale przygotowani do obrony swych domostw. Niestety większość z nas poległa na polu bitwy tylko ja i jeszcze trzej przetrwaliśmy ten nieudolny atak. Gdy wracaliśmy do siebie cała nasza grupa zastanawiała się, jak to było możliwe aby byli tak dobrze przygotowani . Nie wiedzieliśmy co nasz czeka po powrocie ale byliśmy świadomi, że nie pójdzie nam to płazem. Gdy dotarliśmy do naszego Pana opowiedzieliśmy mu o naszej porażce co bardzo go rozgniewało. Każdego z nas kazał wychłostać po 150 razy z dodatkowym bonusem, moim były srebrne zakończenia na pejczu. Nie wiem jak reszta to przetrwała ale sam nie byłem w dobrym stanie, a wręcz fatalnym, zastanawiałem się czy przetrwam do następnego dnia. Rany paliły mnie żywym ogniem, czułem doskonale puls w każdej z nich. Obrażenia zadane przez pejcz prawie doprowadziły do mej śmierci. Rozległo się pukanie do drzwi izby – Odejdź – nakazałem chrapliwym głosem, bo tylko taki byłem wstanie z siebie wydać ale znowu ktoś zapukał. Do pomieszczenia weszła Ona niosąc miskę z jakimiś fiolkami. Zmrużyłem oczy aby dokładniej jej się teraz przyjrzeć. Miała na sobie ciemno zieloną koszulkę i brązowe spodnie, ubrania nosiły ślady znoszenia. Twarz dziewczyny była okrągła z delikatnymi rysami oraz widocznymi kośćmi policzkowymi, oczy zaś miały barwę bursztynu morskiego. Podeszła bliżej siadając obok pryczy, na której leżałem – Czego chcesz? – mówiłem rozgniewany, nie chciałem współczucia czy litości. Na to wszystko tylko posłała mi uśmiech – Spokojnie nic złego – położyła miskę z wodą na ziemi – Pozwól, że się Tobą zajmę – schyliła się sięgając po szmatę wyciągając ją z cieczy. Odsunąłem się od niej – Wyjdź – kosztowało mnie to dodatkowym bólem jaki i tak już przeszywało moje ciało. Dziewczyny jednak nie zraziły me słowa, przystąpiła do obmywania ponownie mych ran, po każdym oczyszczeniu uszkodzonego kawałka mego ciała nakładała jakiś dziwny specyfik, który uśmierzał ból. Spoglądałem na nią – Nie potrzebuje litości – dalej miałem chrapliwy głos – Nie trzeba mi Twych usług – odtrąciłem jej ręce wytrącając kobiecie jednocześnie fiolkę z dziwną cieczą. Ta jednak nic nie powiedziała i powróciła do swej czynności. Gdy skończyła po prostu wstała i wyszła z izby.

Następnego dnia znowu powróciła ale tym razem to ona mówiła, opowiadała co robiła za każdym razem kiedy się skaleczyła. Powiedziała mi również co to za specyfik, którym mnie smaruje. Wszystko potraktowała tak jakby wczoraj nic się nie wydarzyło, po zakończeniu nakładania lekarstwa uśmiechnęła się opuszczając pomieszczenie. Gdy wyszła z bólem usiadłem na pryczy głowiąc się po co ona to robi. Mijały kolejne dni jej wizyt ale zawsze opowiadała coś innego, aż w końcu sam przyłączyłem się do rozmów. Dzięki niej wracałem szybko do zdrowia nie tylko dzięki jej lekarstwom ale i własnej regeneracji. W końcu musiałem przyznać, że ciepło jakie od niej biło zaczęło mi imponować. Nie znałem drugiej takiej osoby jak ona, wciąż nie wiedziałem jednak jak ma na imię.

Pewnego dnia zostałem wezwany do Pana, nie cieszył się na mój widok a wręcz przeciwnie – Widzę, że udało Ci się dojść do siebie – mówił oziębłym głosem dając mi jednocześnie do zrozumienia, iż nie podoba mu się to. Nie zwlekał aby wysłać mnie na koleją misję lecz gdy zapytałem co z resztą chłopaków, którzy ze mną wrócili nakazał mi się nie interesować bo podzielę ich los. Wiedziałem, że oni nie mieli tyle szczęścia. Wyruszając na powierzone zadanie zauważyłem w bramie czarnowłosą, rozejrzałem się czy aby nikt nas nie widzi. Podszedłem do niej – Co tu robisz? – byłem zdziwiony jej widokiem, myślałem że o zadaniach wiem tylko ja i szef. Złapała mnie za rękę – Uważaj na siebie – uśmiechnęła się delikatnie dając mi całusa w policzek. Po całym zajściu uciekła a ja zostałem w miejscu jak wmurowany, nie spodziewałem się tego. Otrząsnąłem się ruszając, musiałem wykonać zadanie dla Pana. Wracając już z powrotem zastanawiałem się co nią kierowało ale nie mogłem nic sensownego wymyślić, więc przestałem o tym rozmyślać.

Udało mi się w końcu poznać jej imię a zwała się Natasha. Bursztynowo oka dziewczyna, która powoli zwalczała we mnie zło i chęć zabijania. To właśnie ona przywróciła mnie życiu. Nie było drugiej takiej miłej, życzliwej i ciepłej osoby, która była wstanie wybaczyć wszystko ale kryło się w niej również wiele spontaniczności i szaleństwa. Pewnie właśnie to urzekło mnie w niej. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, aż w końcu uświadomiłem sobie ile ona dla mnie znaczy. W pewnym momencie nie mogłem się doczekać naszego kolejnego spotkania tak samo jak ona. Była mym słońcem kiedy chmury przysłaniały niebo i schronieniem gdy padał deszcz lecz zanim się zebrałem aby jej powiedzieć co czuję minęło sporo czasu. Chciałem poczekać na odpowiednią chwilę jaka się nadarzyła tamtego dnia.

Miałem pełno wolnego czasu i zabrałem Natashę na piknik a raczej jego atrapę. Pozwoliłem jej wybrać miejsce bo sam nie do końca znałem okolicę bo prawie cały czas przebywałem albo na treningach lub w podróży. Zaprowadziła mnie nad rzekę, która miała spokojny nurt a polana niedaleko była w sam raz. Zasiedliśmy na trawie i z kieszeni wyciągnąłem po jabłku, podałem jedno czarnowłosej – Wybacz nie mam nic więcej – powiedziałem nieco speszony tym co chciałem jej powiedzieć. Ona wiedziała, naprawdę wiedziała, położyła mi swoją dłoń na policzku, którą ująłem w swe dłonie. Patrzyła w moje oczy z delikatnym uśmiechem na twarzy, zacząłem – Wiem, że nie znamy się długo ale nie wiem dlaczego wciąż myślę o Tobie i chciałbym z Tobą spędzać każdą wolną chwilę… - nie dokończyłem jednak swej wypowiedzi, ponieważ ona zatkała moje usta swymi. Spędziliśmy tam razem swoją pierwszą noc. Zanim wróciliśmy następnego dnia jeszcze wiele godzin przeleżeliśmy tam. Nie mogłem uwierzyć, że pomimo wszystko ona czuje to samo, że nie odstrasza ją to kim jestem i co robiłem. Dla niej chciałem byś lepszym człowiekiem. Gdy powróciliśmy do domu już nie było tak różowo, właśnie wtedy dowiedziałem się dokładnie kim jest moja wybranka a przez to, że podbiegła do niej służka. Była córką Pana…
Mimo to nie chcieliśmy rezygnować z naszej miłości, robiliśmy wszystko aby to nie wyszło na jaw. Spotykaliśmy się potajemnie ale i gdy byliśmy w towarzystwie potrafiliśmy się między sobą porozumiewać. W końcu doszliśmy do tego aby razem uciec, zaczęliśmy wszelkie przygotowania odnośnie naszego planu. Wszystko szło zgodnie z oczekiwaniami ale do czasu, kiedy zostaliśmy przyłapani przez jej ojca. Nie podobało mu się, że nie wie co robi i gdzie przebywa jego córka. Zawołał ją do siebie, był na tyle bezczelny, że podał jej serum prawdy. Powiedziała mu wszystko co chciał wiedzieć, kazał ją zamknąć na klucz aby nie mogła mnie ostrzec i sam wybrał się do mnie ale jednak służka Natashy była szybsza. Przeszła pokojami służby dzięki czemu udało mi się wydostać. Biegłem ile miałem sił w nogach aby dotrzeć do ukochanej ale i tego się spodziewał na drodze do pokoju czarnowłosej ustawił strażników. Na szczęście udało mi się ich pokonać ponieważ byłem lepiej wyszkolony. Uwolniłem ją i razem wybiegliśmy na dziedziniec na którym on właśnie czekał.

Przemieniłem się wilkołaka żeby zwiększyć swą zwinność jak i szybkość ale i to było próżne. Powalił mnie jednym z zakazanych zaklęć, złapał córkę za ramię mocno ściskając bo aż jęknęła z bólu. Nakazał mnie zabić swoim strzelcom a Natashę prowadził do domu. To była najgorsza noc w moim życiu, dziewczyna wyrwała się ojcu i zasłoniła mnie swoim ciałem przed deszczem strzał. Podziurawiły ją jak sitko ale mimo wszystko była wstanie powiedzieć jeszcze – Żyj – uśmiechnęła się od mnie po raz ostatni zanim zamknęła oczy już na zawsze. Na ten widok wpadłem w furię i nawet zaklęcie jakie na mnie rzucono osłabiło mnie ale w tamtej chwili go nie odczuwałem. Chciałem za wszelką cenę zabić Siergieja bo tak się zwał mój Pan, którym właśnie przestał być. Rzuciłem się w jego kierunku sprawnie omijając jego straż. Będąc już prawie przy nim z całej siły sięgnąłem go łapą ale co było dalej, nie powiem Ci. Nie to, że nie chcę ale nie pamiętam. Jedyne wspomnienia po całym tym zajściu to to, jak obudziłem się na jakimś wozie w Rosji w poszarpanych ciuchach z piętnem na ramieniu.


Podniosłem się z krzesła odnosząc kubek po herbacie – Tak to wyglądało – odwróciłem się do niego – A teraz leć spać – Dymitr wstał z podłogi oddając mi naczynie – Tato a kochałeś mamę? – zadał pytanie, uśmiechnąłem się do niego – Tak, kochałem ją – lecz za nim młody zdążył zadać kolejne pytanie zaprowadziłem go do pokoju a sam znowu zasiadłem przed kominkiem ślepo patrząc przed siebie.
Fenrir Labdakid
Wojownik
Avatar użytkownika
Wilkołak
Zmiany FizyczneBrak lewego oka.
Karta Postaci
Poziom Życia:
   76%
Poziom Mocy:
   61%


Powrót do Galeria Twórczości

cron
{ MCHAT_ENABLE }
{ MCHAT_COPYRIGHT }








  • Czarodzieje
  • Zmiennokształtni
  • Wampiry
  • Zimowe Wilki
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Kto przegląda forum

Forum przegląda 1 użytkownik :: 0 zidentyfikowanych, 0 ukrytych i 1 gość (dane z ostatnich 5 minut)