zobacz mapę w dużej rozdzielczości

Strona główna forum  »  Strefa poza fabułą  »  Galeria Twórczości

[ff] <- To serio jest potrzebne?

Dla sztuki małej i dużej, każdy może pochwalić się owocami swojej pracy.
Znajduje się tu również forumowa Awatarnia.

[ff] <- To serio jest potrzebne?

Moi drodzy.
Dzisiejszy dzień nie był najkreatywniejszym. Siedziałem, marnowałem życie na gry, trochę pobrzdąkałem na gitarze, ale niewiele, bo nie chciało mi się zmieniać tonacji na standardową z drop B.
Słowem: Chujowo.
Dlatego postanowiłem to nadrobić i ostatnie 40 minut poświęciłem temu cudownemu Światu stworzonego przez Was i tworzonego przez Nas.
Tyle z nudnych wstępów.
Przed Państwem:

"CZĘŚĆ PIERWSZA: WŚCIEKŁOŚĆ ORAZ WRZASK"
Inspirowane tym, oraz częściowo tym.
Rozwinąłbym chętnie albo chociaż dopisał zakończenie, ale jak już wspomniałem - mam cholernie niekreatywny dzień.

Stęp.
Kłus.
Galop.
Cwał.
Wystrzał.
Trzask.
Ból.
Ziemia.
Krew.
Ciemność...
...
...
Ciemność. A potem Światłość. Jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieki. Z Ciemności wyłania się Światło, a po nim Świat. Cienka, biała linia światła, która powoli rozszerzała się wraz z tym, jak Anabelle otwierała oczy. Znajdowała się w pomieszczeniu, którego biel kłuła ją w oczy, zmuszając do zasłonięcia twarzy ręką. Ruch wywoływał ból. Najpierw pojedynczej cząsteczki jej ciała, która wywołała impuls odbijający się po całym ciele, rykoszetujący od skóry i uderzający w mięśnie. Przeszywający je, wywołujący reakcję łańcuchową, która po chwili opanowała całe jej ciało, zmuszając do wygięcia się w spaźmie, który tylko spotęgował efekt, zmuszając ją do kolejnych konwulsji i drgawek. Widziała przed sobą sylwetkę stojącą w uliczce, wyciągającą świetlistą dłoń. Nie mogła dostrzec całej twarzy, jej oczy przywarły do widocznych ust, które układały się w jedno, przeraźliwe słowo. Crucio.
Poczuła kolejną eksplodującą iskrę wywołującą przytłaczające ją cierpienie. Wizja znów jej się urywała. Upadła na kamienną posadzkę. Czuła jej dotyk. I zapach. "Tak pachnie śmierć" - pomyślała wtedy. Słyszała śmiech, przeraźliwy, okrutny, szyderczy śmiech. Wiedziała co za chwilę nastąpi. Nieznajomy już celował w nią urządzeniem. Westchnęła cicho. Teraz, po tym wszystkim miala po prostu umrzeć? Nie mogła w to uwierzyć. Adrenalina powoli uśnieżała jej ból. Czas jakby zwolnił, śmiech był jeszcze bardziej przerażający. Zmieniła ułożenie rąk. Podniosła się. Ledwie stanęła na dwóch nogach rzuciła się do ucieczki, a niczym echo za jej plecami rozległo się jedno bardzo okropne słowo.
Galop.
Cwał.
Ból.
Krew.
Ciemność...
...
...
Jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieki. Znajdowała się w pomieszczeniu. Białym jak sama Światłość. O dziwo, miała otwarte oczy. I usta. Oddychała ciężko. Dopiero po chwili do niej dotarło co się wydarzyło i co się nie wydarzyło. Zasłoniła twarz dłońmi. Nie umarła, tego była pewna. Wizja, którą przed chwilą miała powoli się oddalała. To był tylko sen. Wracała do niej pamięć. "Jestem Anabelle. Żyję." - szepnęła. Wciąż nie mogła się pozbierać po tym, co zrobiła. Mówili jej, że to nie jej wina, że nie była wtedy sobą, że to nie ona wtedy kierowała swą dłonią. Ale... jeśli nie ona to kto? Inspektor mówił, że nie znaleziono ani śladu zaklęcia Imperiusa, gdy ją znaleźli. A skoro nie imperius, to co?
To nic. Ona sama podniosła różdżkę, sama wypowiedziała słowa. Dobrze o tym wiedziała. Ale nie potrafiła znieść myśli, że mogłaby zabić własnego ojca. Kochała go, kochała go jak prawdziwego. Dał jej wszystko, a ona? Ona zadała mu śmierć. Śmierć, na którą nie zasłużył, pomimo wszystkich jego grzechów. Poczuła, jak łza spływa jej po policzku. A za nią następna. Pociągnęła nosem.
Płakała cicho, potem troszkę głośniej. Potem jeszcze troszkę i jeszcze odrobinkę. Aż jej cichutki lament przerodził się we wrzask wściekłości, którego nie mógł nikt usłyszeć przez tłumiące ściany izolatki. Krzyczała ile miała powietrza w płucach, następnie głośno je wciągała i znowu krzyczała. Zdzierała gardło, zatykając swe uszy, by choć trochę uchronić się od własnego znienawidzonego głosu.
Pamiętała wszystko.
Rzuciła się na ścianę z okrzykiem bojowym, zaczeła bić w nią głową.
- Dlaczego! Dlaczego nie chcesz się rozbić!? Giń! - Kierowała swój gniew na samą siebie. Była winna. Musiała zginąć. Musiała.
Wpiła się zębami w gumową powłokę materaca, na której widniały już dziesiątki takich śladów. Spróbowała odgryźć kawałek, którym mogłaby się zakrztusić, zadławić, zabić. Bezskutecznie. Wpiła się palcami w gumową powłokę poduszki. Ciągnęła lewą ręką w lewo, prawą w prawo. Spróbowała oderwać kawałek, którym mogłaby się zakrztusić, zadławić, zabić.
Bezskutecznie.
Narzuciła na głowę koc. Zacisnęła go na własnej szyi stale zaciskając uścisk. Zaczęła charczeć. Po długiej chwili upadła na ziemię, bez głosu, bez siły, bez tchu.
Ale ze snami.
Ból.
Ciemność.



Lekarz otworzył drzwi pokoju, gdy tylko przestał się z niego wydobywać jakikolwiek dźwięk. Stale pilnował, by więziona nie zrobiła sobie żadnej krzywdy. W jej głowie, w jej pamięci chowały się najcenniejsze informacje o tym, kto zmusił ją do zabójstwa radnego Winga. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nikt nie miał pojęcia, kim jest prawdziwy morderca. Wspomnienia dziewczyny, które udało się odczytać dzięki legilimencji były zdruzgotane, zniszczone. Dowiedzieli się o tym, że ktoś traktował ją zaklęciami tuż przed zabójstwem, ale jakimi? - Tego nikt nie mógł stwierdzić. Wydział prawa miał do czynienia z mistrzem w swej robocie, perfekcji nikt nie mógł mu odmówić. Po raz kolejny cieszył się, że był tylko lekarzem, a nie śledczym. Jemu powierzono tylko dopilnowanie, by dziewczę nie zabiło się do czasu, aż znajdzie się winnego.
Zajrzał do salki. Podniósł koc przykrywający nieprzytomną i sprawdził jej puls. Wyciągnął z kieszeni kitla strzykawkę i zaaplikował żywność śmiertelnie chorej. Westchnął. Było mu szkoda dziewczyny. Bardziej niż Winga. On miał na swoim koncie tysiące przekrętów, tajemnic, kradzieży. A ona? Cierpiała za to, że staruch narobił sobie wrogów.
Wyszedł z pomieszczenia, zamknął drzwi. Wrócił do zapijania kawy. Nie mógł się nadto przejmować, bo jeszcze zacząłby szukać winnego na własną rękę. Usiadł na fotelu.


C.D.N.
Kiedyś.


Dobrej nocy.
Linus Wing
Radny Cross City
Avatar użytkownika
Czarodziej
Karta Postaci
Poziom Życia:
   100%
Poziom Mocy:
   100%

Re: [ff] <- To serio jest potrzebne?

Dzisiaj był na moim ukochanym Everoldzie był przefajny konkurs. Tak, żeby się pochwalić, wstawiam tutaj moje wypociny <3
Tytuł brzmi: "Wiosna śmierdzi chlebem."
  Zdamir otworzył oczy. Głowa bolała go niemiłosiernie, ale nie był to kac. Świadczył o tym chociażby brak suchości w ustach. Po za tym mężczyzna nie pamiętał, by pił jakiś alkohol dnia poprzedniego. Właściwie to ostatnim co pamiętał były ciepłe objęcia gorącej Ruchomiry, najlepszej dziwki w Mirosil, której szlachcic był stałym, choć nieregularnym klientem. Najchętniej zamknąłby teraz oczy i otworzył je w świecie, w którym znów jest w łożu z tą nieziemską niewiastą. Ale podlłoga, pod którą leżał co raz to boleśniej przypominała jego plecom, że nie mają pod i nad sobą ciepłej pierzyny, a tylko drewno. W pewnym momencie Jaksarczyk zorientował się, że to nie głowa go bolała. Znaczy się - nie tylko. Bolało go wszystko, całe ciało przekazywało mu dosyć dosadnie, że został obity niczym wór treningowy używany w wojsku.
  Podniósł się. Był to minimalny wysiłek i na szczęśnie nie nasilił wiele kłującego bólu w posiniaczonych mięśniach. Mógł teraz w spokoju rozejrzeć się po pomieszczeniu. Dębowe półki stojące wszędzie zdradzały, że znajdował się w magazynie. Zapach pieczywa i w ogóle róznej maści chleby i bułki leżace na półkach wyraźnie mówiły, że jest to magazyn piekarniany. Kilka kroków i wyciągnięcie dłoni wystarczyło, by Zdamir mógł stwierdzić, że jest w składzie piekarni u Chlebomiła, zwanym także Zakalcomiłem. Jego wypieki w ciągu kilkunastu godzin od zakupu stawały się twarde niczym skała. Z dzieciństwa pamiętał wypadek, gdy właściciel tego budynku został postawiony przed sądem, z powodu ciężkiej kontuzji dziecka, które oberwało bułką spod jego ręki. Koniec końców ukarani zostali rodzice kolegi poszkodowanego, bowiem to on rzucał wypiekiem, a dzieciakowi amputowali pół ręki, przez co kilkanaście lat później szlachcic mógł go ujrzeć żebrzącego na ulicy. Od tamtej pory większość klienteli starego piekarza stanowili kryminaliści, których nie stać było na porządną broń. Ceny w jego "zbrojowni" zaszybowały w górę, a jakieś pięć lat temu mistrz swego fachu zmarł śmiercią tragiczną. W tym magazynie właśnie. Stare, spróchniałe półki zawaliły się na jego głowę pod ciężarem chleba(Którym włamywacze zwykli przebijać się przez zamknięte drzwi. Z głowy staruszka nie było co zbierać.
  Prócz zapachu śmiertelnie niebezpiecznego pieczywa, w składowisku unosił się także niezwykle ostry zapach trupa. Atakował nozdrza młodziana, powoli wygrywając z chlebową wonią. Zdamir podszedł do wiklinianego kosza znajdującego się w rogu pomieszczenia i wyciągnął z niego metrową bagietkę. "Zadziwiające" - pomyślał - "zadziwiające, że ta bułka wytrzymała tu tyle lat i jeszcze nie zarosła pleśnią.". Najwyraźniej pleśń osadzała się tylko na twardym jedzeniu[1].
  Ledwie przeszedł między najbliższymi półkami, a już zlokalizował powód owego okropnego, trupiego smrodu. Przed nim leżało rozkładające się ciało jakiegoś mężczyzny. Najwyraźniej długi czas nikt tu nie zaglądał. Wzrok Zdamira przykuł jednak pewien szczegół w martwym ciele. Dość spory szczegół, a konkretnie dziura ziejąca w jego brzuchu i bebechy wyciągnięte z niego na zewnątrz, jak gdyby ktoś chciał dobrać się do kręgosłupa martwiaka. Jaksarczyk poczuł jak ślina napływa mu do ust. Oczywiście z obrzydzenia i nagłego poczucia, że może w każdej chwili pozbyć się zawartości i tak już od jakiegoś czasu pustego żołądka. Odszedł w tył kilka kroków, i nim zdążył cokolwiek pomyśleć usłyszał kroki. Najwyraźniej należały do jednej osoby. Bagietkowy szerpierz odwrócił się i wyczekiawł, nasłuchując co raz to głośniejszego stukania buta o drewno podłogi. Przez belki ujrzał średniego wzrostu mężczyznę uzbrojonego w szpadę, niosącego na koszuli pas z dwoma pistoletami, które wyglądały dość znajomo.  Otępienie dopiero teraz powoli ustępowało i dopiero teraz szlachcic uświadomił sobie, że obcy miał na sobie jego własne ubrania! Przeszył go dreszcz i uderzyła zimna fala powietrza. Bo skoro ten skurwysyn miał na sobie jego ubrania, to on musiał miec na sobie dokładnie nic.
  Ledwie przeciwnik odziany w strój szlachcica znalazł się blisko, nagi wojownik wyskoczył na niego, uderzając bagietką w jego głowę. Cielsko upadło na podłogę, ze skroni biedaka polała się strużka krwii. Teraz Zdamir zrozumiał, dlaczego wypieki Chlebomiła cieszyły się taką, a nie inną sławą. Jedno uderzenie wystarczyło, by zabić człowieka.
  Do pomieszczenia wbiegł kolejny strażnik, ubrany w inne, mieszczańskie ubrania, bez żadnej broni palnej, ale za to ze szpadą. Stanął w przejściu, kompletnie zaskoczony sytuacją[2]. Oszołomienie trwało na tyle długo, by nagi więzień mógł skrócić do niego dystans. Strażnik się ocknął i dobył stali. Zaczął od prostego pchnięcia, którego Zdamir po prostu uniknął, odskakując. Zamachnął się wypiekiem z lewej, ale jego przeciwnik także uniknął ciosu. Nie miał jednak czasu na kontrę, bowiem chlebowy wojownik raz po raz zadał kolejne dwa ciosy, cały czas prąc do przodu. Pierwszego zamachu jeszcze udało się nieznanemu wojowi uniknąć, ale drugie musiał już sparować. Nadchodziło z góry. Rozległ się brzdęk łamanej stali. A potem dźwięk upadającego cielska na podłogę. Na bagiecie pojawił się kolejny ślad krwii i rysa powstała po zderzeniu z cienkim ostrzem.
  Weschnął. Wrócił do pierwszego przeciwnika i położył chleb uważnie na ziemi. Powoli zaczął rozbierać martwiaka. "Kurwa jego mać" - myślał - "kto by pomyślał, że porywają człowieka tylko po to, żeby opierdolić go z ubrań. Z moich pistoletów! Z moich, kurwa, skarbów! Jak tylko ujrzę tę kurwę, Ruchomirę. Do końca swego parszywego życia mnie popamięta. Pożałuje, że nigdy nie chciała włożyć do tyłka. Włożę jej zupełnie inną lufę i zobaczymy jak będzie spust wyglądał."
Był wściekły. Nic dziwnego, z resztą. Położył jeden z pistoli obok siebie, na wypadek, gdyby miał tu zaraz wpaść kolejny frajer proszący się o obicie bagietą.
  Kilkanaście minut później wkładał już pistole w pochwy na pasie. W ubraniu, z jego ulubioną bronią przy sobie czuł się o wiele pewniej. Dla bezpieczeństwa zabrał jednak ze sobą twardszą od stali bagietę. Wyszedł z pomieszczenia, skierował się korytarzem do większych drzwi wyjściowych.
Wyszedł w sam raz, by być świadkiem potyczki bandytów ze strażą miejską. Bandytów, którzy najprawdopodobniej odpowiadali za jego porwanie. Nie myśląc wiele, dobył pistoletów i postrzelił dwóch łachudrów z toporami w dłoni. Walka nie trwała długo. Wsparcie, jakie dał strażnikom wraz z elementem zaskoczenia wystarczyło, by przesądzić o wyniku potyczki. Zaraz podbiegł do kapitana oddziału i dowiedział się, o co w ogóle chodziło.
  Od jakiegoś roku w mieście funkcjonowała szajka zbrodniarzy porywających ludzi podczas seksu z kurtyzanami. W swe interesy wprowadzali co raz to kolejne dziwki z bogatych części miasta, po to by grabić bogaczy z ich kosztowności, które często nosili na spotkania z kurwami. Ukrywali ich, zostawiali w róznych miejscach i opuszczali je. Było ich w sumie siedemnastu, choć tutaj leżało tylko pięć trupów, plus dziwki, którym grozili śmiercią, jeśli się nie zgodzą na ich warunki. Zdamir był pierwszym, który przeżył spotkanie z nimi, ale tylko dlatego, że rozpoczęła się obława na zbirów, podczas gdy go transportowali do magazynu. Teraz grupa została rozbita, a Mirosil było znowu bezpieczne.
Po złożeniu swoich zeznań i wysłuchaniu kapitana, Zdamir udał się do Ruchomiry, która z płaczem rzuciła mu się w ramiona i łkając skarżyła się o tym, jak jej grozili te straszne zbiry. Podziękowała za ratunek, gdy tylko usłyszała, że już jest bezpieczna i zaoferowała mu swe usługi za darmo przez nastepny miesiąc.
Bo wszystko jest dobre, co się dobrze kończy moi mili!


Przypisy:
1 - Nazwanie tego wypieku jedzeniem jest dość odważnym stwierdzeniem. Jeśli ktoś spróbowałby smaku tego kamienia, straciłby zęby. Nieliczni, którzy próbowali tworów Zakalcomiła twierdzą, że chleb smakuje "fajefiśsie".
2 - Nie mów, że Ty nie byłbyś oszołomiony widząc nagiego mężczyznę obezwładniającego szermierza metrowym kawałkiem chleba. Widoku dopełniała erekcja pozostała Zdamirowi po myślach o Ruchomirze, najlepszej dziwce w całym Mirosil.
Linus Wing
Radny Cross City
Avatar użytkownika
Czarodziej
Karta Postaci
Poziom Życia:
   100%
Poziom Mocy:
   100%


Powrót do Galeria Twórczości

cron
{ MCHAT_ENABLE }
{ MCHAT_COPYRIGHT }








  • Czarodzieje
  • Zmiennokształtni
  • Wampiry
  • Zimowe Wilki
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Kto przegląda forum

Forum przegląda 1 użytkownik :: 0 zidentyfikowanych, 0 ukrytych i 1 gość (dane z ostatnich 5 minut)